Świadectwa - Ks. Zbigniew, Br. Jan, Marta.

„Nie wyście Mnie wybra­li, ale Ja was wybra­łem i prze­zna­czy­łem was na to, aby­ście szli i owoc przy­no­si­li” (J 3,16) Dro­dzy współ­bra­cia! Dro­ga mło­dzie­ży! Dro­dzy bra­cia i sio­stry w Chry­stu­sie Panu! Chry­stus Zmar­twych­wstał - […]

Nie wyście Mnie wybra­li, ale Ja was wybra­łem i prze­zna­czy­łem was na to, aby­ście szli i owoc przy­no­si­li” (J 3,16)

Dro­dzy współ­bra­cia! Dro­ga mło­dzie­ży! Dro­dzy bra­cia i sio­stry w Chry­stu­sie Panu!

Chry­stus Zmar­twych­wstał - praw­dzi­wie Zmar­twych­wstał, a dzię­ki Nie­mu i ja powsta­łem do nowe­go życia.

Chciał­bym, moi dro­dzy, cho­ciaż krót­ko podzie­lić się z Wami tym doświad­cze­niem, któ­re prze­ży­wa­łem, ponad mie­siąc cza­su prze­by­wa­jąc w szpi­ta­lu.

Naj­pierw raz jesz­cze pra­gnę Wam podzię­ko­wać za Waszą nie­ustan­ną modli­twę, za Wasze dobre sło­wo, wspar­cie ducho­we i bycie ze mną w tym doświad­cze­niu, jakie prze­ży­wa­łem. Chciał­bym tak­że podzie­lić się tym, co było istot­ne w odkry­wa­niu obec­no­ści Pana Boga, obec­no­ści Maryi przy mnie.

Kie­dy byłem w Medju­go­rie z mło­dzie­żą na Nowy Rok 2020, od orga­ni­za­to­rów dosta­łem pięk­ny krzyż oraz róża­niec wyko­na­ny wła­sno­ręcz­nie przez bra­ta Elia, będą­ce­go cha­ry­zma­ty­kiem z Włoch, doświad­cza­ją­cym styg­ma­tów.

Brat Elia pocho­dzi z Zako­nu Bra­ci Mniej­szych Kapu­cy­nów, a w 2000 r. zało­żył nową wspól­no­tę Apo­sto­łów Bożych (Apo­sto­li di Dio) w Calvo w Umbrii. Gdy zło­żył pierw­sze ślu­by, zaczął rów­nież otrzy­my­wać styg­ma­ty. W piąt­ki rany zaczy­na­ją otwie­rać się na nowo.

Ks. Mar­co Bel­la­del­li, któ­ry bar­dzo dobrze zna zakon­ni­ka, opo­wia­da histo­rię pierw­sze­go poja­wie­nia się styg­ma­tów. Dostał je w obec­no­ści innych bra­ci, w cza­sie zajęć z litur­gi­ki – opo­wia­da kapłan. – Czy­tał bre­wiarz. Z czo­ła bra­ta Elii zaczę­ły kapać kro­ple krwi. Bra­cia wezwa­li pogo­to­wie. Potem na jego rękach zaczę­ły poja­wiać się rany.

W Wiel­kim Tygo­dniu brat Elia cier­pi szcze­gól­nie. W Wiel­ki Pią­tek na jego cie­le zaczy­na­ją poja­wiać się rany od biczo­wa­nia, jego twarz zaczy­na puch­nąć, a oczy zaczy­na­ją robić się pod­bi­te. O godz. 15.00 tra­ci przy­tom­ność.

Pyta­ny o to, jak prze­ży­wa Pasję Chry­stu­sa, brat Elia odpo­wia­da: „Prze­ży­wam to spo­koj­nie, choć czu­ję cier­pie­nie. Ono nie jest dla mnie, a dla ludzi. Bo Jezus żyje i jest praw­dzi­wy! Nie jestem wte­dy sam. Mój Anioł Stróż bie­rze mnie za rękę i doświad­czam ode­rwa­nia duszy od cia­ła. Widzę, co się dzie­je z moim cia­łem, z boku. Czu­ję cier­pie­nie, ale jest mi lżej.”

Elia Catal­do to jeden z naj­bar­dziej zna­nych, ale też kon­tro­wer­syj­nych, współ­cze­snych styg­ma­ty­ków. Czę­sto bywa nazy­wa­ny kon­ty­nu­ato­rem misji św. o. Pio. Styg­ma­ty otrzy­mał w wie­ku 18 lat, po wstą­pie­niu do zako­nu kapu­cy­nów. Poja­wia­ją się one regu­lar­nie w każ­dy pią­tek oraz co roku w Wiel­kim Tygo­dniu. Brat Elia jest też zna­ny m.in. z tego, że uda­ło mu się wyko­nać… zdję­cie Jezu­sa.

W Wiel­kim Poście, nie wiem dla­cze­go, ale przy­szło mi takie pra­gnie­nie, abym zaczął się modlić na tym różań­cu, aby patrzeć na ten krzyż i roz­wa­żać Mękę Pana Jezu­sa. Przy­po­mnia­łem sobie też, że brat Elia ma w Wiel­kim Tygo­dniu tą łaskę, że cier­pi razem z Jezu­sem. Wiel­ki Tydzień dla nie­go jest cier­pie­niem, łącząc i jed­no­cząc się z Jezu­sem. Pomy­śla­łem o nim, że tak­że w tym roku będzie na pew­no to prze­ży­wał. Przy­szło mi takie pyta­nie: „W jaki spo­sób Ty pla­nu­jesz, czy pra­gniesz prze­żyć ten koń­czą­cy się Wiel­ki Post, a szcze­gól­nie prze­żyć ten Wiel­ki Tydzień?”. Szu­ka­łem więc, jakie to może roz­wa­ża­nie Dro­gi Krzy­żo­wej, jakie momen­ty poświę­cić w kapli­cy czy na oso­bi­stą modli­twę bądź inne rze­czy ducho­we, oprócz zro­bio­nych, dotych­cza­so­wych posta­no­wień wiel­ko­post­nych? Co mogę zro­bić, aby ten czas dobrze wyko­rzy­stać? Kie­dy tak się zasta­na­wia­łem, przy­szła mi taka myśl albo takie sło­wa w ser­cu „Ty ina­czej będziesz prze­ży­wał ten Wiel­ki Tydzień w tym roku”. Nie wie­dzia­łem za bar­dzo o co tu cho­dzi, ale też nie szu­ka­łem od razu odpo­wie­dzi w swo­im ser­cu, tyl­ko się zasta­na­wia­łem, co to zna­czy „INACZEJ”…

W pew­nym momen­cie przy­cho­dzi mi na myśl, a co by było, gdy­byś ten czas spę­dził w szpi­ta­lu i tak, jak­bym zoba­czył sie­bie cier­pią­ce­go, z różań­cem w ręku, modlą­ce­go się za tych ludzi, za per­so­nel, za wszyst­kich tych, któ­rzy odcho­dzą do Pana, gdzie jesz­cze mogę ich roz­grze­szyć. Przy­znam się, że to mnie tro­chę prze­stra­szy­ło wewnętrz­nie i nie chcia­łem wcho­dzić dalej, tyl­ko to zosta­wi­łem, lecz gdy się odwró­ci­łem i zoba­czy­łem obraz Mat­ki Bożej Czę­sto­chow­skiej na ścia­nie, któ­ry mam w poko­ju, od razu przy­szły mi takie sło­wa czy takie pra­gnie­nie: „Mary­jo, chy­ba, że Ty tego chcesz, to jestem goto­wy, ale Ty pomóż mi, abym to zada­nie wypeł­nił jak naj­le­piej, z Tobą” i to mi dało otu­chę, pew­ność, że w tym wszyst­kim nie będę sam i tak też się poto­czy­ła dalej spra­wa. Tydzień wcze­śniej, przed Wiel­kim Tygo­dniem wszyst­ko było w porząd­ku, pra­co­wa­łem w ogro­dzie, wszyst­kie obo­wiąz­ki, któ­re były, reali­zo­wa­łem i czu­łem się dobrze. Kie­dy przy­szedł pią­tek przed Wiel­kim Tygo­dniem, poczu­łem się sła­bo, ale też przy­szło takie pra­gnie­nie: „chcę, Mary­jo, w Tobie i razem z Tobą być bli­sko Jezu­sa, bo kto, jak nie Ty, byłaś naj­bli­żej tego wszyst­kie­go, co On prze­ży­wa w ser­cu, co On będzie prze­ży­wał teraz w Wiel­kim Tygo­dniu, chcę razem z Tobą być bli­sko Nie­go i pro­szę Cię, ucz mnie, abym był w Tobie i z Tobą jak naj­bli­żej Jezu­sa, któ­ry będzie brał krzyż z MIŁOŚCI do każ­de­go z nas, któ­ry będzie odda­wał życie za każ­de­go z nas”. Czu­łem jak ta dro­ga krzy­żo­wa, któ­rą odpra­wia­łem, pro­sząc Mary­ję, cał­kiem ina­czej wyglą­da­ła; ofia­ro­wa­łem też to złe samo­po­czu­cie, to wszyst­ko, co dzia­ło się w moim ser­cu pod­czas bycia z Mary­ją, z Jezu­sem.

Przy­szedł Wiel­ki Tydzień i wte­dy poczu­łem, że coś się dzie­je ze mną. W sobo­tę uda­ło mi się skon­tak­to­wać z leka­rzem rodzin­nym, któ­ry dał mi skie­ro­wa­nie, abym zro­bił test [na koro­na­wi­ru­sa]. Cze­ka­łem na wynik. Dosta­łem go w nie­dzie­lę, oka­zał się być pozy­tyw­ny i od ponie­dział­ku zaczę­ła się ogrom­na wal­ka w Wiel­kim Tygo­dniu: gorącz­ka ponad 40 stop­ni, zim­ni­ca i coraz gor­sze samo­po­czu­cie; wie­dzia­łem, że muszę zadzwo­nić po karet­kę, bo jest coraz gorzej.

Kie­dy przy­je­cha­ła karet­ka, lekarz zabrał mnie i jeź­dzi­łem w tej karet­ce dosyć dłu­go, od szpi­ta­la do szpi­ta­la (byłem w pię­ciu), bo nigdzie mnie nie mogli przy­jąć, gdyż nie było miejsc. Dopie­ro upro­szo­no w Nowym Dwo­rze Mazo­wiec­kim, żeby mnie przy­ję­li, nawet na dodat­ko­we łóz­ko, bo mia­łem wyso­ką tem­pe­ra­tu­rę.

Kie­dy przy­je­cha­li­śmy do Nowe­go Dwo­ru, musia­łem dłu­go cze­kać, bo musia­no wszyst­ko zor­ga­ni­zo­wać, zanim dosta­łem się na salę. To, co było zna­kiem dla mnie: tam, gdzie musia­łem cze­kać, gdzie się dosta­łem na salę, wszę­dzie towa­rzy­szył mi krzyż na ścia­nie; aku­rat tak bli­sko mnie zawsze był Jezus na krzy­żu i to był dla mnie taki znak, że On tutaj Jest, że tutaj doko­nu­je się ta „Gol­go­ta ludz­kie­go cier­pie­nia, ludz­kie­go umie­ra­nia”. Doświad­cza­łem rów­nież bar­dzo obec­no­ści Maryi, bo Ją pro­si­łem i pra­gną­łem razem z Nią wypeł­nić swo­ją misję, zada­nie, do któ­re­go czu­łem, że zosta­łem zapro­szo­ny i musia­łem też dać swo­je „FIAT”, swo­je „TAK”, aby przez wia­rę, przez goto­wość, zro­bić ten krok.

Następ­nie, kie­dy w koń­cu dosta­łem się już na salę, widzia­łem, co się tutaj dzie­je. Ludzie, któ­rzy bar­dzo cier­pią dzień i noc i to nie tyl­ko star­si, ale też i mło­dzi – ludzie, któ­rzy są bar­dzo zlę­ka­ni, zmę­cze­ni. Widzia­łem prze­mę­czo­ny per­so­nel, leka­rzy, pie­lę­gniar­ki, któ­re dawa­ły z sie­bie wszyst­ko, ale to i tak było ponad ich siły.

Dosta­wa­łem takie świa­teł­ka, gdzie przy­wie­zio­no pew­ne­go czło­wie­ka, ponad 60 lat, bar­dzo wyda­wa­ło­by się dobrej kon­dy­cji - jesz­cze nic nie było widać, że mu coś tak moc­ne­go dole­ga. Jed­nak przy­szła mi taka myśl: „módl się za nie­go, bo on dłu­go tu z wami nie będzie”. Leżał aku­rat naprze­ciw­ko mnie na łóż­ku i tak czu­łem, że mam się za nie­go modlić. Roz­po­czą­łem modli­twę za tych ludzi, za cały szpi­tal, pro­sząc o bło­go­sła­wień­stwo, o obec­ność Maryi, o to, aby Mary­ja, tak jak wsta­wia­ła się w Kanie Gali­lej­skiej za nowo­żeń­ca­mi, by wsta­wia­ła się tutaj. Mówi­łem Maryi: „Zobacz, Mat­ko, to są Two­je dzie­ci, nie mają nadziei, nie mają zdro­wia, nie mają powie­trza, mają lęk w ser­cu. Wsta­wiaj się u Swo­je­go Syna, wypra­szaj potrzeb­ne łaski”. To wszyst­ko kie­ro­wa­łem do Jej Nie­po­ka­la­ne­go Ser­ca.

Ze wspo­mnia­nym już wyżej męż­czy­zną tak było, że w jeden dzień został przy­wie­zio­ny, a na dru­gi dzień już go roz­grze­szy­łem, bo odszedł do Pana. Za chwi­lę musia­łem się zna­leźć na tym miej­scu, kie­dy go wzię­to do kost­ni­cy, bo sam potrze­bo­wa­łem dru­gie­go tle­nu. To był dla mnie czas wiel­kie­go prze­my­śle­nia nad swo­im życiem, swo­im powo­ła­niem, któ­re jest nie­za­słu­żo­nym darem same­go Boga i zada­niem dla mnie, abym słu­żył innym. Myśla­łem też nad tym, co się tutaj dzie­je, nad tym, co ludzie tu prze­ży­wa­ją. „Wędro­wa­łem” z sali do sali, w zależ­no­ści od potrzeb apa­ra­tu­ry, tle­nu i tra­fia­łem też na następ­ne oso­by, któ­re odcho­dzi­ły do Pana. Nawet jak leża­łem w jakiejś sali, to  widzia­łem naprze­ciw­ko oso­by, któ­re były reani­mo­wa­ne ale nie­ste­ty nie uda­ło się ich ura­to­wać. Ludzie w cią­gu jed­nej godzi­ny potra­fi­li odejść i nie było ratun­ku dla nich…

Każ­dy dzień był dla mnie jakimś wyzwa­niem, abym bło­go­sła­wił, bym się modlił, był z tymi ludź­mi w ich cier­pie­niu, w doświad­cze­niu i nie­raz nie było to łatwe. Czę­sto pro­si­łem Mary­ję: „Mary­jo, pomóż mi, bo nie dam rady sam iść dalej”. Pro­si­łem tak­że Jezu­sa, aby dawał mi zna­ki swo­jej obec­no­ści, abym nie zwąt­pił, że On tutaj jest, bym nie zwąt­pił, że to nie jest jakiś mój wymysł, ale że to ma sens, że zosta­łem zapro­szo­ny przez Jezu­sa, aby być narzę­dziem w ręku Jego, dla tych ludzi, któ­rzy są w potrze­bie.

Był taki moment kie­dy jed­na oso­ba sko­na­ła, następ­na wal­czy­ła o życie i napię­trzy­ło się róż­nych spraw, gdzie nie mogłem zna­leźć poko­ju w ser­cu, bo to zaczę­ło już mnie prze­ra­stać. Wte­dy zwró­ci­łem się do Jezu­sa: „Panie Jezu, prze­cież Ty tutaj jesteś, daj mi swój pokój i niech to będzie zna­kiem, że tu teraz jesteś ze mną i z tymi ludź­mi”. Muszę powie­dzieć, sta­ło się coś nie­sa­mo­wi­te­go: w jed­nym momen­cie wszyst­ko jak­by mnie opu­ści­ło, wró­cił pokój, jakaś nadzie­ja, zaufa­nie, tak, że mogłem nawet spo­koj­nie zasnąć.

Czę­sto pani dok­tor, któ­ra pro­wa­dzi­ła całą moją kura­cję, przy­cho­dzi­ła i pyta­ła: „Pro­szę Księ­dza, jak Ksiądz się czu­je, czy ksiądz jesz­cze ma siły pozy­tyw­nie myśleć, będąc w tym, co się tutaj dzie­je?”. Doda­wa­ła też, że wia­ra czy­ni cuda, żebym nie zwąt­pił, nie usta­wał w trwa­niu w wie­rze i zaufa­niu.  To było coś pięk­ne­go dla mnie, jak leka­rze cały czas mówi­li o tym, że tyl­ko Pan Bóg może przy­wró­cić mi te siły, że oni robią, co moż­li­we, ale to jest namiast­ka, bo tu tyl­ko Pan Bóg może prze­mie­nić tą sytu­ację i przy­wró­cić mi siły czy dać zdro­wie, bo momen­ta­mi było bar­dzo trud­no, kie­dy napraw­dę wal­czy­li też o moje życie, szu­ka­jąc leku, róż­nych roz­wią­zań, apa­ra­tu­ry, któ­rą musie­li dobie­rać, abym prze­trzy­mał naj­trud­niej­sze momen­ty.

Chciał­bym też zazna­czyć w tym doświad­cze­niu nie­sa­mo­wi­tą obec­ność i pomoc moje­go Anio­ła Stró­ża, któ­ry mnie nie­ustan­nie wspie­rał i poma­gał, gdyż nie mia­łem bez­po­śred­nie­go kon­tak­tu z dyżur­ką, aby o coś pro­sić pie­lę­gniar­ki. Dla­te­go moim sta­łym łącz­ni­kiem był mój Anioł Stróż, któ­re­go pro­si­łem: „przy­ślij mi teraz kogoś, bo zaraz koń­czy się tlen, trze­ba mi pod­łą­czyć następ­ną kro­plów­kę” itd. To było nie­sa­mo­wi­te dla mnie, że on napraw­dę to robił. Nawet ktoś przy­pad­ko­wo prze­cho­dząc kory­ta­rzem pod­szedł do mnie i zapy­tał, czy cze­goś nie potrze­bu­ję. Byłem w sta­łym kon­tak­cie ze swo­im Anio­łem Stró­żem, któ­ry to wszyst­ko „ogar­niał”, co potrze­bo­wa­łem, aby inni mi pomo­gli i przy­szli na salę, na któ­rej prze­by­wa­łem. Były to bar­dzo prak­tycz­ne rze­czy, ale i też ducho­we, o któ­re pro­si­łem.

Było mi dane przy­jąć sakra­ment cho­rych i pojed­na­nia. Mia­łem w ser­cu takie pra­gnie­nie, ale niko­mu o tym jesz­cze nie powie­dzia­łem. Jed­na z sióstr pie­lę­gnia­rek spo­tka­ła zna­jo­me­go księ­dza i przy­pro­wa­dzi­ła go do mnie, a ja jej nic nie wspo­mnia­łem wcze­śniej o tym. Czu­łem póź­niej, że to był „pre­zent” dla mnie - mój Anioł Sróż wie­dział o tym.

Przez całe to doświad­cze­nie, cały szturm modli­twy, zro­zu­mia­łem, że to nie jest przy­pa­dek, ale nasza, wspól­na misja. Każ­dy, kto się modli za mnie, ma udział w tych ponadmie­sięcz­nych reko­lek­cjach, bo ota­cza­my modli­twą tych, któ­rzy odcho­dzą. Ota­cza­my cały per­so­nel i to miej­sce – ono jest pod sta­łą opie­ką modli­tew­ną. Two­rząc wspól­no­tę modli­twy i jed­no­ści pomię­dzy sobą, jeste­śmy ducho­wo połą­cze­ni i zjed­no­cze­ni z Mary­ją, naszą Mat­ką, któ­ra też sta­je pod krzy­żem Swo­je­go Syna, Jezu­sa Chry­stu­sa.

Sam widzę, ile już jest ducho­wych owo­ców, nie tyl­ko w moim ser­cu, ale w całej gru­pie medycz­nej, w per­so­ne­lu, pomię­dzy ludź­mi. Dużo było cier­pie­nia, bólu, nie­po­ko­ju; dało to się moc­no odczuć. Ci, któ­rzy dłu­żej tutaj prze­by­wa­li, też na to zwró­ci­li uwa­gę. Poma­ga­li też tutaj żoł­nie­rze, któ­rzy zwró­ci­li uwa­gę, że ta napię­ta sytu­acja się tu „jakoś” uspo­ka­ja­ła, zmie­nia­ła na lep­sze z każ­dym dniem. Zawdzię­czam to Mat­ce Bożej, bo pro­si­łem, aby Ona pousta­wia­ła wszyst­ko na swo­je miej­sce i tak się sta­ło, że wszyst­ko nabra­ło wła­ści­we­go kie­run­ku, powsta­ła wła­ści­wa atmos­fe­ra, rela­cje, zaufa­nie,  wdzięcz­ność, tyle dobro­ci, któ­rej tutaj mogłem doświad­czyć przez tych ludzi, któ­rych Pan Bóg posta­wił mi na tej dro­dze, w tym „poli­go­nie” moich doświad­czeń ducho­wych i fizycz­nych.

Wie­rzę, że będzie, ale nawet już jest, dużo owo­ców ducho­wych z tego doświad­cze­nia. Już są widocz­ne owo­ce w gru­pie mło­dzie­żo­wej, gdzie nie nadą­ża­łem za ich pomy­sła­mi, za tym, co robi­li, modląc się dniem i nocą, two­rząc łań­cuch modli­twy, nagry­wa­jąc pio­sen­ki jako podzię­ko­wa­nie Panu Bogu za wysłu­cha­ną modli­twę. To się sze­rzy­ło nie tyl­ko w krę­gach Pol­ski, ale tak­że Ser­bii, Chor­wa­cji, Sło­we­nii, w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Ludzie anga­żo­wa­li się, aby się modlić, aby trwać na modli­twie, aby pro­sić Pana Boga. Myślę, że to się roz­sze­rzy­ło na więk­szą ska­lę i dla­te­go wie­rzę w to, że ci ludzie mają ten udział w mojej misji. Każ­dy z nas ma swój wkład i ta modli­twa, to poświę­ce­nie, ta ofiar­ność będzie przy­no­si­ła obfi­te owo­ce.

Przy­znam, że fizycz­nie jestem wykoń­czo­ny, ale ducho­wo jestem umoc­nio­ny i mogłem tak napraw­dę doświad­czyć obec­no­ści Jezu­sa cier­pią­ce­go i Zmar­twych­wsta­łe­go na tym miej­scu. Mogłem doświad­czyć Jego dobro­ci, miło­ści, łaski otrzy­my­wa­ne przez wsta­wien­nic­two Maryi, któ­ra nie opusz­cza­ła mnie, któ­ra mi poma­ga­ła, poka­zy­wa­ła, co mam czy­nić, co mogę zro­bić, aby wypeł­nić swo­je zada­nie.

Kie­dyś otrzy­ma­łem jako pro­roc­two w gru­pie wsta­wien­ni­czej, że Mary­ja mnie zapra­sza do szcze­gól­nej współ­pra­cy, aby rato­wać dusze ludz­kie od zagła­dy, aby wsta­wiać się nie tyl­ko za nimi ale poma­gać w rato­wa­niu dusz ludz­kich. Nie zatrzy­my­wa­łem się na tym, pomy­śla­łem, że może to cho­dzi o jed­ną dzie­siąt­kę różań­ca wię­cej, czy jakąś inną modli­twę za dusze w czyść­cu cier­pią­ce. Zaczą­łem tro­chę się wię­cej modlić w inten­cji dusz czy­ś­co­wych od tego cza­su. Kie­dy się tutaj zna­la­złem, zro­zu­mia­łem te sło­wa, że cho­dzi o coś wię­cej - nie cho­dzi tyl­ko o jakąś modli­twę, ale  jest to praw­dzi­wa wal­ka o rato­wa­nie ludz­kich dusz. We współ­pra­cy z Mary­ją, ofia­ru­jąc swo­je cier­pie­nie, swo­je poświę­ce­nie, swo­je wyrze­cze­nie, nie tyl­ko mówiąc o cier­pie­niu, ale też będąc goto­wym cier­pieć dla rato­wa­nia ludz­kich dusz. To się tu wszyst­ko dzia­ło, dla­te­go jesz­cze bar­dziej zro­zu­mia­łem war­tość tej modli­twy wsta­wien­ni­czej za dusze czyść­co­we, bo to już nie jest jakąś teo­rią, jakimś dodat­kiem, ale mogłem to sam prze­żyć, będąc z ludź­mi cier­pią­cy­mi i cier­piąc razem z nimi, ofia­ru­jąc to wszyst­ko razem z Krwią Chry­stu­sa dla rato­wa­nie ludz­kich dusz, towa­rzy­sze­nia też im w tym przej­ściu ze śmier­ci do życia wiecz­ne­go, do Domu Nasze­go Nie­bie­skie­go Ojca, wspie­ra­jąc ich modli­twą, ofia­ru­jąc swo­je cier­pie­nie, dając tą kro­pel­kę swo­jej krwi, jako wyraz swo­jej miło­ści i ofiar­no­ści. Tego uczy­łem się od Maryi, bo Ona jest mistrzy­nią, Ona robi wszyst­ko, aby rato­wać ludz­kie dusze, by nam pomóc, nas pod­pro­wa­dzić jak naj­bli­żej do Jezu­sa.

Jestem Wam, moi dro­dzy, bar­dzo wdzięcz­ny za to, że byli­ście ze mną w tym doświad­cze­niu, wspie­ra­jąc mnie gor­li­wą i wytrwa­łą modli­twą. Nie chciał­bym, aby to świa­dec­two było poka­za­niem tyl­ko tego, co prze­sze­dłem, ale pra­gnę, aby­śmy wspól­nie dostrze­gli siłę i moc wspól­nej modli­twy, dobro­ci i miło­ści Boga Ojca, nie obo­jęt­ne­go na woła­nie swo­ich dzie­ci, na obec­ność Jezu­sa, któ­ry jest Bogiem Emma­nu­elem - Bogiem z nami i jest obec­ny w każ­dym cier­pie­niu, krzy­żu ludz­kie­go cier­pie­nia, gdyż On to wszyst­ko już wziął na sie­bie. Jezus ofia­ro­wał nam też ten wiel­ki skarb – Mary­ję, swo­ją Mat­kę, aby była przy nas i obda­rza­ła nas swą Macie­rzyń­ską Miło­ścią, tro­ską. Tego mogłem doświad­czyć, moi dro­dzy, nama­cal­nie, jak Ona napraw­dę trosz­czy się o swo­je dzie­ci. Nigdy nie jeste­śmy sami, jest przy nas Jezus i Mary­ja.

Niech to świa­dec­two obec­no­ści i miło­ści Bożej będzie dla Was, kocha­ni, zapew­nie­niem, że nigdy nie jeste­ście sami, jeste­ście wspól­no­tą Kościo­ła, jeste­śmy bli­sko sie­bie, poprzez Jezu­sa w Eucha­ry­stii, codzien­ną modli­twę i nie­ustan­ne wsta­wien­nic­two Maryi u Jej Syna, Jezu­sa Chry­stu­sa. Tam, gdzie jest Jezus, tam jest Mary­ja, Jego i nasza Mat­ka.

Chwa­ła Panu za wszyst­ko, co uczy­nił i czy­ni w naszym życiu.

Z darem modli­twy i Bożym bło­go­sła­wień­stwem.

Wdzięcz­ny Ks. Zbi­gniew CPPS.

 

Owoc­ny Most Modli­tew­ny

W Wiel­ki Pią­tek br., w odpo­wie­dzi na zły stan zdro­wia ks. Zbi­gnie­wa, z ini­cja­ty­wy mło­dzie­ży roz­po­czę­ła się modli­twa różań­co­wa, z proś­bą o łaskę uzdro­wie­nia dla ks. Zbysz­ka. Roz­po­czy­na­jąc pierw­sze różań­ce nie mogłem spo­dzie­wać się tego, co Pan Bóg zapla­no­wał na naj­bliż­szy czas. Oka­za­ło się bowiem, że cały Okres Wiel­ka­noc­ny wypeł­nio­ny był wspól­ną, codzien­ną modli­twą kil­ku­dzie­się­ciu osób z wie­lu zakąt­ków nie tyl­ko Pol­ski.

Szu­ka­jąc owo­ców tego cza­su, w pierw­szej kolej­no­ści nale­ży zauwa­żyć polep­sza­ją­cy się stan zdro­wia ks. Zbi­gnie­wa. Muszę też wspo­mnieć o tym, iż prze­ko­na­li­śmy się o naszych moż­li­wo­ściach i sile wspól­no­to­wej modli­twy. Nie­wąt­pli­wie war­tym zauwa­że­nia jest fakt, że uda­ło się zbu­do­wać osiem mostów w bar­dzo waż­nych dla nas inten­cjach. Odpro­wa­dzi­li­śmy do Pana kil­ka osób, oto­czo­nych przez nas „wian­kiem” modli­twy. Pro­si­li­śmy za ponad 50 osób w ich inten­cjach. Przy­wi­ta­li­śmy na świe­cie Sta­sia, któ­re­go poród był zwią­za­ny z ogrom­ną modli­twą.

Prze­pro­wa­dzi­li­śmy tego­rocz­nych matu­rzy­stów przez trud­ny czas egza­mi­nów. Wie­rzy­my, że dzię­ki naszej modli­twie będą podej­mo­wać dobre życio­we decy­zje. Chy­ba jed­nym z naj­waż­niej­szych owo­ców jest to, że kil­ka osób mogło odcho­dzić z tego świa­ta z łaską odpusz­cze­nia grze­chów, któ­rej dostą­pi­li dzię­ki obec­no­ści ks. Zbysz­ka w szpi­ta­lu. Już teraz wie­my, że leka­rze i per­so­nel tak­że cie­szą się wspar­ciem kapła­na i naszej modli­twy,  a tak­że pacjen­ci sana­to­rium, któ­rzy dzię­ki obec­no­ści ks. Zbysz­ka i naszej modli­twie mogą sko­rzy­stać z sakra­men­tu Poku­ty i Pojed­na­nia oraz Mszy Świę­tej. Chy­ba jesz­cze jed­nym owo­cem jest to, że róż­ne oso­by mogły odkryć i podzie­lić się swo­im talen­tem, przez nagry­wa­ne i publi­ko­wa­ne pio­se­nek, roz­wa­żań różań­co­wych. Byli i tacy, któ­rzy zdo­by­li się na odwa­gę, co z pew­no­ścią nie było łatwe, na publicz­ne pro­wa­dze­nie modli­twy różań­co­wej, ale to z pew­no­ścią umoc­ni­ło ich poczu­cie pew­no­ści sie­bie i odwa­gę oraz prze­ko­na­nie, że potra­fią.

Zazwy­czaj bywa tak, że podej­mu­jąc jakieś zada­nie nie spo­dzie­wa­my się zbyt wie­le. War­to jed­nak zatrzy­mać się cza­sem i pomy­śleć, pod­su­mo­wać, a oka­że się, że zapro­po­no­wa­ne 3-4 zda­nia nie są w sta­nie pomie­ścić nawet frag­men­tu z tego, co się wyda­rzy­ło.

Chwa­ła Panu!

Br. Jan CPPS

Dla mnie ponad te 50 dni, te pra­wie dwu mie­sięcz­ne reko­lek­cje, to czas wie­lu zmian. Taką naj­więk­szą zmia­ną jest poko­cha­nie na nowo modli­twy. Wyj­ście z ruty­ny, a wej­ście w modli­twę jako w roz­mo­wę z naj­lep­szym Przy­ja­cie­lem.
Czas tych kil­ku Mostów Modli­twy, oraz codzien­nej wspól­nej modli­twy różań­co­wej poka­zu­je po raz kolej­ny, że modli­twę któ­ra pły­nie z głę­bi ser­ca Jezus wysłu­chu­je, oraz że Mary­ja te wszyst­kie proś­by zano­si do Nie­go.

Za to wszyst­ko chwa­ła Panu!
Mar­ta

Bookmark and Share